Tak, tak. Wiem. Dwulicowość - całkiem często spotykane. Ale w urzędzie wydaje mi się, że jakoś to tak bardziej bije od człowieka. Nie lubisz kogoś, obrabiasz mu dupę za plecami tak, że autorzy na pudelku pozazdrościliby umiejętności, a jak przyjdzie co do czego to pracujesz z tą osobą nic nie mówiąc jej, uśmiechasz się i potakujesz. Tak. Bardzo. Kurwa. Wygodne.
Dlaczego ludzie mają problem z powiedzeniem sobie, że coś go wkurwia? Ktoś wie jak coś zrobić, ale za każdym razem truje dupę do zarzygania? Powiedz mu to. A jeszcze jakaś inna osoba ma się za nie-wiadomo-kogo i traktuje wszystkich z góry? Powiedz jej to. Oczywiście pewnie w większości wypadków to nic nie da, ale za to jaka ulga następuje jak pozwoli się temu wkurwieniu dać ujście. A jak ktoś zmieni swoje zachowanie - kolejny profit.
Co można stracić kiedy nie owija się w bawełnę? Kontakt z osobą, do której kierujemy wypowiedź. Ale szczerze - komu potrzebna w otoczeniu ktoś kto nas denerwuje? Chyba jednak lepiej oczyścić życie z takich pasożytów, kradnących dobry humor.
Kto co woli.
Świat zza biurka (i nie tylko)
sobota, 22 sierpnia 2015
niedziela, 2 sierpnia 2015
Panowie świata.
Kurcze, jak ja nie lubię swojej niekonsekwencji. Wymyśliłam, że zacznę prowadzić bloga - zaczęłam. Szkoda że zapał minął po dwóch wpisach... Ale wracam znowu, po dość sporej przerwie!
Dziś o moim "ulubionym" typie osób przychodzących do urzędu. Mianowicie: "Jestem tu Twoim Panem, padnij mi do stóp i zrób wszystko co tylko rozkażę". No. Chyba. Kurwa. Nie.
Ci 'wielcy' przychodzą z przekonaniem, że wiedzą wszystko. Co więcej: wiedzą nawet LEPIEJ (!). Im należy się wszystko podane na tacy. A jak jakaś bezczelna urzędaska spróbuje tylko zwrócić uwagę, pokazać, że jednak on nie ma racji, to wielkie oburzenie i obraza majestatu.
No ludzie, serio? Urząd to urząd. Przychodzi się tam załatwić sprawy, a nie zachowywać jak dzieci. Fochy i tupanie nóżką jest domeną przedszkolaków (no i niektórych kobiet - o zgrozo). Działa się tu według przepisów, a to że komuś jakiś nie odpowiada - nie nasz problem. Niech składa skargi, nie skargi, co tylko zechce, a i tak nic to nie da.
PRZYKŁAD: Petent-tata przychodzi. Chce odebrać dowód dziecka (nawiasem mówiąc, może dowód odebrać tylko i wyłącznie wnioskodawca - w tym wypadku mama). No to jest tłumaczone Szanownemu Panu (jak i było wcześniej Szanownej Pani), że żona może odebrać, bo ona wniosek składała. Ale nie. Mąż oczywiście chce odebrać, no bo jak to to, ojciec i nie może?! Co to ma być i problem wielki. A bo żona z innym dzieckiem w szpitalu, a bo to, a bo tamto. Wyszedł obrażony na cały świat. Jaki finał? Po 30 minutach przyjechała żona.
PS. Tak, dupę mają obrobioną równo takie osoby.
PS2. Kupienie butelki wina na dzisiejszy wieczór był pomysłem idealnym.
Dziś o moim "ulubionym" typie osób przychodzących do urzędu. Mianowicie: "Jestem tu Twoim Panem, padnij mi do stóp i zrób wszystko co tylko rozkażę". No. Chyba. Kurwa. Nie.
Ci 'wielcy' przychodzą z przekonaniem, że wiedzą wszystko. Co więcej: wiedzą nawet LEPIEJ (!). Im należy się wszystko podane na tacy. A jak jakaś bezczelna urzędaska spróbuje tylko zwrócić uwagę, pokazać, że jednak on nie ma racji, to wielkie oburzenie i obraza majestatu.
No ludzie, serio? Urząd to urząd. Przychodzi się tam załatwić sprawy, a nie zachowywać jak dzieci. Fochy i tupanie nóżką jest domeną przedszkolaków (no i niektórych kobiet - o zgrozo). Działa się tu według przepisów, a to że komuś jakiś nie odpowiada - nie nasz problem. Niech składa skargi, nie skargi, co tylko zechce, a i tak nic to nie da.
PRZYKŁAD: Petent-tata przychodzi. Chce odebrać dowód dziecka (nawiasem mówiąc, może dowód odebrać tylko i wyłącznie wnioskodawca - w tym wypadku mama). No to jest tłumaczone Szanownemu Panu (jak i było wcześniej Szanownej Pani), że żona może odebrać, bo ona wniosek składała. Ale nie. Mąż oczywiście chce odebrać, no bo jak to to, ojciec i nie może?! Co to ma być i problem wielki. A bo żona z innym dzieckiem w szpitalu, a bo to, a bo tamto. Wyszedł obrażony na cały świat. Jaki finał? Po 30 minutach przyjechała żona.
PS. Tak, dupę mają obrobioną równo takie osoby.
PS2. Kupienie butelki wina na dzisiejszy wieczór był pomysłem idealnym.
piątek, 19 czerwca 2015
Krem do rąk; ludzie w piątki
Co najbardziej po 3 miesiącach pracy w urzędzie kojarzy mi się z nim najbardziej? Krem do rąk. Tak, dokładnie - krem. A dlaczego? Bo nie ma tu osoby która by go nie miała. No po prostu nie ma. Kobieta? Mężczyzna? Ktoś w średnim wieku? Młody? Bez znaczenia! Każda pojedyncza osoba ma tu krem i codziennie z niego korzysta.
Oczywiście, nie jest to post w którym bym się z tego naśmiewała, o nie! To jest na swój sposób urocze i nie sposób się z tego szyderczo śmiać.
No i historia z dziś.
Piątek. 7 rano zaczynamy. Parę minut po siódmej przychodzi Pan, który chce zmienić deklaracje śmieciową, bo doszedł nowy, mały członek rodziny. No i wywiązuje się rozmowa:
-Kiedy dzieciątko się urodziło?
*chwila namysłu*
-30 lutego
-Proszę Pana, ale luty miał 28 dni...
-Aaa, tak tak, racja, to był xx marca
Jak widać w piątkowe poranki bywają dla niektórych ciężkie, ale dzięki temu inni mogą zacząć dzień porcją śmiechu. :D
czwartek, 18 czerwca 2015
Urząd.
Jestem stażystką. Stażystką w Gminie swojej małej miejscowości. Co za tym idzie, mogę przedstawić pracę w urzędzie zza drugiej strony barykady, bo jednak nie taki urząd straszny, jak go malują.
Przygodę z Gminą zaczęłam od praktyk. Jako że się uczę już ponadlicealnie - zaocznie - muszę mieć przepracowane 160 godzin. Swoją drogą, jestem całkowicie przeciwna takiej formie 'pracy', bardziej mi to przypomina darmową siłę roboczą, no ale cóż, nie o tym chciałam. Zauroczyłam się kompletnie ludźmi którzy pracują tutaj (dobra, taką jedną osobą szczególnie). Po zrobieniu tych wymaganych godzin praktyk stwierdziłam, że chciałabym jednak zostać tu dłużej. To też zakręciłam się w temacie stażów, no i mam! Po zgodzie ze strony Gminy na przyjęcie mnie, po zarejestrowaniu się w Urzędzie Pracy, po podpisaniu miliona dokumentów, finalnie po miesiącu czekania dostałam staż! Ale że mam zamiar iść na studia dzienne, nie będę miała przyjemności spędzić tu całego okresu jaki dostałam, tj. 7 miesięcy. Ostatni miesiąc, jaki bym tu była, to październik, a jak powszechnie wiadomo studia zaczynają się również w owym miesiącu...
To tak by było pokrótce, skąd się tu wzięłam. A skoro już tu jestem, to podzielę się z wami moimi urzędowymi spostrzeżeniami, śmiesznymi historiami i wszystkim co może pokazać, że pracowanie tu - tak jak powszechnie się uważa - nie jest nudne, ani monotonne.
Przygodę z Gminą zaczęłam od praktyk. Jako że się uczę już ponadlicealnie - zaocznie - muszę mieć przepracowane 160 godzin. Swoją drogą, jestem całkowicie przeciwna takiej formie 'pracy', bardziej mi to przypomina darmową siłę roboczą, no ale cóż, nie o tym chciałam. Zauroczyłam się kompletnie ludźmi którzy pracują tutaj (dobra, taką jedną osobą szczególnie). Po zrobieniu tych wymaganych godzin praktyk stwierdziłam, że chciałabym jednak zostać tu dłużej. To też zakręciłam się w temacie stażów, no i mam! Po zgodzie ze strony Gminy na przyjęcie mnie, po zarejestrowaniu się w Urzędzie Pracy, po podpisaniu miliona dokumentów, finalnie po miesiącu czekania dostałam staż! Ale że mam zamiar iść na studia dzienne, nie będę miała przyjemności spędzić tu całego okresu jaki dostałam, tj. 7 miesięcy. Ostatni miesiąc, jaki bym tu była, to październik, a jak powszechnie wiadomo studia zaczynają się również w owym miesiącu...
To tak by było pokrótce, skąd się tu wzięłam. A skoro już tu jestem, to podzielę się z wami moimi urzędowymi spostrzeżeniami, śmiesznymi historiami i wszystkim co może pokazać, że pracowanie tu - tak jak powszechnie się uważa - nie jest nudne, ani monotonne.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)