Kurcze, jak ja nie lubię swojej niekonsekwencji. Wymyśliłam, że zacznę prowadzić bloga - zaczęłam. Szkoda że zapał minął po dwóch wpisach... Ale wracam znowu, po dość sporej przerwie!
Dziś o moim "ulubionym" typie osób przychodzących do urzędu. Mianowicie: "Jestem tu Twoim Panem, padnij mi do stóp i zrób wszystko co tylko rozkażę". No. Chyba. Kurwa. Nie.
Ci 'wielcy' przychodzą z przekonaniem, że wiedzą wszystko. Co więcej: wiedzą nawet LEPIEJ (!). Im należy się wszystko podane na tacy. A jak jakaś bezczelna urzędaska spróbuje tylko zwrócić uwagę, pokazać, że jednak on nie ma racji, to wielkie oburzenie i obraza majestatu.
No ludzie, serio? Urząd to urząd. Przychodzi się tam załatwić sprawy, a nie zachowywać jak dzieci. Fochy i tupanie nóżką jest domeną przedszkolaków (no i niektórych kobiet - o zgrozo). Działa się tu według przepisów, a to że komuś jakiś nie odpowiada - nie nasz problem. Niech składa skargi, nie skargi, co tylko zechce, a i tak nic to nie da.
PRZYKŁAD: Petent-tata przychodzi. Chce odebrać dowód dziecka (nawiasem mówiąc, może dowód odebrać tylko i wyłącznie wnioskodawca - w tym wypadku mama). No to jest tłumaczone Szanownemu Panu (jak i było wcześniej Szanownej Pani), że żona może odebrać, bo ona wniosek składała. Ale nie. Mąż oczywiście chce odebrać, no bo jak to to, ojciec i nie może?! Co to ma być i problem wielki. A bo żona z innym dzieckiem w szpitalu, a bo to, a bo tamto. Wyszedł obrażony na cały świat. Jaki finał? Po 30 minutach przyjechała żona.
PS. Tak, dupę mają obrobioną równo takie osoby.
PS2. Kupienie butelki wina na dzisiejszy wieczór był pomysłem idealnym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz